Link 27 sierpnia 2008
Komentarze [2]
Zagubione poczucie sensu, nadal. Boję się żyć.
Bo gdy jest się samemu, to pustka wokół gryzie. Albo połyka w całości. Nie daje nawet możliwości by zaczerpnąć powietrza.
Tracę poczucie sprawstwa, tracę poczucie własnej wartości, tracę wiarę w siebie, tracę moc. Coraz mniej jest mnie we mnie. Czuję, że przestaję istnieć.
Nic wokół nie jest prawdziwe, nie jest rzeczywiste. Wszystko wokół mogłoby umrzeć, bo ja w środku też umieram. Chyba straciłam coś, w co włożyłam zbyt wiele własnej duszy. I teraz za mało jej mam, by móc się uśmiechnąć.
I najgorsza jest samotność. Kiedy cisza wokół krzyczy krzykiem wszystkich skrywanych dotąd lęków, które tylko czekały na swój czas. I krzyczą wszystkie naraz. Ogłuszający krzyk rozpaczy.
Ehhhh.
Link 26 lipca 2008
Komentarze [12]
Krótki, bo trzytygodniowy powrót do "domu" a już się czuję rozchwiana, choć wspomniane trzy tygodnie jeszcze nawet nie doszły do połowy. Cały miniony rok wydaje się znów tak daleko, te cudownie spędzone chwile teraz są niesamowicie odległe, wszystkie zebrane od września wspomnienia wydają mi się nierealne i nieprawdopodobne. Bo przecież znowu jestem tutaj, znów otaczają mnie te błękitne ściany, przytłacza brak perspektyw na nadchodzące dni, bolą uszy od nieustannego krzyku, trzaskania drzwiami, ryczenia telewizji i szczekania psa sąsiadów (jeszcze nie zdechł niestety, ale czekam wiernie). Nikt mnie nie podziwia, nikt nie dzwoni stęskniony i nie chce wyciągnąć na piwo, nie mam niczego do nauki, żadnej pracy do napisania, sama sobą muszę sterować. Dlatego znów czuję się jak zwierz zamknięty w klatce, podtruwany szczecińską atmosferą, który był tu zawsze i będzie tu zawsze. Szczeciński nastrój to ten, kiedy czujesz znużenie wszystkim i senność prowadzi Cię do łóżka mimo że właściwie wcześnie położyłeś się spać i właściwie bardzo późno wstałeś, ale tak jakoś nie masz ochoty na nic, tylko ten smutek szepcze do ucha "śpij". I śpisz, długo. Żeby wszystko minęło jak najszybciej i jak najmniej boleśnie. Czuję się w przedziwny sposób zawieszona między dwiema rzeczywistościami, tą szczecińską tandetą a moją studencką idyllą. Tu się czuję ograniczona, wciąż do ucha krzyczą mi wyrzuty sumienia, uginam się pod ciężarem winy (której przecież nie ma) i brakuje mi wszystkiego. Czułości, tęsknoty, uprzejmości, zainteresowania, empatii. A tam? Teraz "tam" nie istnieje, nie ma go nawet w mojej wyobraźni, bo to przecież takie... niemożliwe. Bo [b]tam[/b] jestem szczęśliwa, mam swoje czyste i ciche mieszkanie i przyjaciela który śpi w tym samym pokoju i kochanka który jest bliżej niż nigdy wcześniej i mam plany i cele do zrealizowania. Ale tylko tutaj czuję z tego powodu taką pustkę, taki żal. Dlaczego? Czy ja muszę należeć do tego świata? Przecież... wcale nie muszę.
Link 23 czerwca 2008
Komentarze [16]
Do tej pory myślałam że aby żyć z sensem należy żyć jako dobry człowiek, w zgodzie z własnym sumieniem, z poszanowaniem innych, pielęgnując swoją empatię i uparcie pomagając ludziom. Teraz zastanawiam się - po co, skoro mimo to i tak ktoś musi mnie krzywdzić?
Może nie warto żyć dla miłości, skoro jestem jedynym człowiekiem na świecie który to potrafi.
Wszyscy mówią mi tylko że jestem dobra. Jesteś taka dobra. Jesteś dobrym człowiekiem. Rzygam tym. Nie chcę. To samo wychodzi. Jestem skończonym frajerem, naiwniakiem którego łatwo wykorzystać, któremu można powiedzieć "jesteś dla mnie zbyt dobra". Można mnie użyć jako terapeuty do lizania ran a później porzucić, twierdząc że to wszystko spełniło już swoją dziejową rolę. Nie, nie wierzę. Jestem niesamowicie głupia, bo zaczęłam kochać a nie potrafię przestać. Po prostu nie.
Więc pytam - po co żyć, dla kogo żyć, dla czego żyć i dla czego, dla kogo później umrzeć spełnioną? Skoro wszyscy wokół zawodzą, skoro nie odpowiadają moim ideałom, skoro nie wierzą w siebie, w nas, w świat, w życie.
Komu zaufać, za co walczyć?
I cholernie nie chce mi się żyć, jakkolwiek idiotycznie to brzmi.
Link 11 czerwca 2008
Komentarze [13]
Jestem.
Nie wiem czy dalej pisać, nie wiem czy ktoś to będzie czytał, nie wiem po co to. Ale może potrzebuję sobie sama poklepać w klawiaturę, wyczyścić swoje myśli.
Nie wiem co się dzieje. Nie wiem na czym stoję. Grunt mi się zachwiał pod stopami, czuję się zdezorientowana i przestraszona. Zastanawiam się, czy można kogoś po prostu przestać kochać. Tak zupełnie bez powodu. Przestać, ale też nie tak do końca. To się chyba nazywa kryzysem w związku, ale ja nie widzę żadnej przyczyny tego kryzysu, żadnej możliwości rozwiązania. Po prostu mniej kochać? Tak, ot... wygaśnięcie? Ale nic się nie zmieniło, wciąż jest tak samo, tylko tego czasu jest coraz mniej i coraz mniej, i tych rozmów jest jeszcze mniej i miłych, czułych słów jest mniej i nas razem jest coraz mniej. Ale jak można nie kochać kogoś kto kocha bardzo mocno, niesamowicie, wciąż tak samo, nieustannie? Jestem naiwną idiotką, tak. Nie wierzyłam w miłość, nie chciałam miłości, bo wiedziałam że to się tak może skończyć. Ale postawiłam na nią wszystko i ja wciąż Kocham i będę
zawsze Kochać, do końca świata tylko i wyłącznie Jego i nikogo innego. I dopiero kiedy ten skarb tak mi się nagle wyślizgnął z rąk zrozumiałam jak bardzo jest dla mnie cenny i że mimo wszystko nie chcę go tracić. Nigdy. To nie jest bzdetny romantyzm, to mój czysty egoizm, bo ludzie potrzebują siebie nawzajem a ja potrzebuję Jego miłości, Jego spojrzenia, Jego słów i po prostu Jego całego. I mogłabym zrobić dla Niego wszystko, nawet mieszkać w tej cholernej Japonii, nawet zrezygnować ze swoich marzeń, nie mieć nigdy żadnych dzieci i widzieć go tylko raz w tygodniu, bylebym wiedziała że on mnie ciągle Kocha, wciąż tak samo, niezmiennie, mocno i że to dla Niego jestem całym światem. Ale ja o tym nie myślę i nie chcę myśleć, przecież jeszcze tyle czasu, przecież życie wciąż trwa i jedyne co nam teraz pozostaje to być ze sobą więc
dlaczego nie mówisz mi już jak mocno mnie Kochasz, nie wierzysz że może być jeszcze bardziej cudownie niż wcześniej, nie chcesz trzymać mnie na ulicy za rękę, nie tęsknisz, nie myślisz o mnie, nie czujesz tego co ja? Staramy się żeby było lepiej, próbujemy to przeczekać, byle do wakacji a popracujemy i naprawimy. I pokazujesz mi że wcale nie jest tak źle, że wciąż możemy się tulić i spać ze sobą ale ja nic nie poradzę na to że dostaję tego panicznego lęku gdy tylko Ciebie nie widzę. Boję się tak okropnie jak nigdy wcześniej, bo nie wiem gdzie jesteś, co robisz, o czym myślisz, czy już o mnie zapomniałeś czy jeszcze pamiętasz? Tak bardzo nie chcę żebyś o mnie zapominał i pierwszy raz czuję tak silną zazdrość o tych ludzi którzy widzą Cię codziennie, o te dziewczyny które wychodzą z Tobą na piwo po zajęciach, o te imprezy na które mnie nie zabierasz. O wszystko, bo tak bardzo się boję, że zniknę.
Ja cały czas uważam, że tak być nie może i że to chwilowe. I ciągle walczę o swoje. I mam nadzieję że znowu mi się uda.
Link 7 lutego 2008
Komentarze [17]
Kolejna bezsenność dostarczyła kolejnych pomysłów na uzewnętrznianie się.
Obiecanki-cacanki.
Trele-morele
Srutu-tutu,
Kłębek drutu.
Ile znaczy dane słowo, ile znaczy obiecanie czegoś komuś, ile znaczy po prostu zwykłe zdanie rzucone w eter? Jak odróżnić zwykłe gdybanie od stanowczego postanowienia? Czy ktoś uważa, że nieumyślnie wypowiedziany zamiar powinien zawsze zostać zrealizowany? Ja!
Jeżeli ktoś coś postanawia, to nie powinien się z tego wycofywać. Jeżeli ktoś coś postanowił i o tym powiedział głośno, to znaczy że chce tego i może to zrobić. Co to znaczy - rozmyśliłam się? Co to znaczy - żartowałam? Dlaczego zawsze musiałam wysłuchiwać tego samego słowa?
Żartowałam, żartowałam, żartowałam... Dlaczego teraz nie wierzę ludziom, dlaczego teraz nie ufam im, dlaczego teraz przedrzeźniam ich? Nie, to nie jest brak optymizmu. To jest brak wiary. To jest filozofia życiowa oparta na zasadzie, że tylko ja siebie nigdy nie zawiodę.
Jedno z największych nieszczęść jakie można wyrządzić dziecku, to powolne, stopniowe, nieświadome ale stanowcze niszczenie jego marzeń. Urywanie skrzydełka po skrzydełku. Czekanie aż jego nadzieja umilknie, jego wiara się skryje a umysł oblecze się w gruby kokon cynizmu. Człowiek dorosły nie ma pojęcia, jakie pragnienia mogą rodzić jego słowa. Nie wie, ile bólu mogą sprawiać jego mgliste tłumaczenia. I nie wie, jak marne i głupie - tak, po prostu głupie, stają się z czasem jego słowa w uszach dziecka. Czy to nie przykre, jeżeli słowa kogoś bliskiego nie mają dla Ciebie znaczenia, jeżeli wiesz, że i tak nie są prawdziwe? Kiedy wiedziony wieloletnim doświadczeniem po prostu rozumiesz, że nie warto już wierzyć. Czego chciałeś jako dziecko? Co było dla Ciebie ważniejsze niż jakaś zabawka? Rodzina, prawda? Rodzina i coś nowego. Coś ekscytującego. Coś, przy czym wszyscy razem świetnie byście się bawili. Bo dzieci nie pragną wiele. Ja zawsze marzyłam o podróżach. Mama zawsze mi obiecywała że pojedziemy gdzieś wszyscy. Ale nigdy nie pojechaliśmy, a ja byłam wysyłana na znienawidzone kolonie gdzie płakałam z samotności. I może nie bolało by tak bardzo, gdyby nie to że ona ciągle mnie karmiła obietnicami tego upragnionego...
I może dlatego teraz, kiedy słyszę od kogoś innego "pojedziemy kiedyś do Pragi", to wiem że i tak tam nigdy nie pojadę. I może dlatego, kiedy słyszę "zawsze będę Cię kochał" mam ochotę szczypać ze złości za tak bezczelne kłamstwo. Wierzę w miłość, ale nie wierzę w zawsze. Bo ludzie muszą wynaleźć masę przeciwności. Nie pojmuję tego - czy oni boją się spełniać swoje marzenia? Czy boją się szaleństwa? Dla mnie podarowana komuś obietnica jest jak święte zobowiązanie. Niespełnienie obietnicy - pogrążenie się we wstydzie i skrzywdzenie tej osoby. A nie machnięte ręką na odczepnego
żartowałam. Chciałabym móc
uwierzyć kiedyś, że ktoś mi może oddać coś z siebie. Nie teraz. W przyszłości.
Link 16 stycznia 2008
Komentarze [20]
Środek nocy, bezsenność. 3:33. Za dwie i pół godziny śniadanie i wyjście na uczelnię.
Kolejny powód żeby nie znosić swojego ojca - za cudowne geny warunkujące czuły na wszystko i cholernie uparty sen, a raczej jego brak. Nie potrafię bez stoperów, nie potrafię bez opaski, czasem nawet nie potrafię bez prochów. A dziś mimo że cisza, ciemność i wewnętrzny spokój to czegoś zabrakło. Ciepłych ramion utulających, kojących, kochających... Najlepszy, najbardziej niezawodny i najprzyjemniejszy środek nasenny jaki udało mi się wypróbować (zawiódł tylko przy maturze z polskiego, ale sza!).
Bo wtedy czuję się bezpiecznie. Cały świat mógłby się rozpaść, spłonąć i pogrążyć w niebycie, ale nie ja. W tym jednym jedynym miejscu jest dobrze, nic mi nie grozi, nie muszę się niczym martwić i mogę usnąć spokojna, szczęśliwa, ufna. Egzamin? Praca do napisania? Książka do przeczytania? Zapomnij! I tylko śpij i śnij...
A dwie dziewczyny zastanawiały się - co jest najprzyjemniejsze? Seks, sen czy jedzenie? I pokłóciły się o te dwa ostatnie.
Potrzebuję, aby mnie ktoś przytulił,
ukochał,
ukoił,
pocieszył,
powiedział jak bardzo bardzo bardzo potrzebuje
i pragnie
i tęskni
i wciąż i wciąż i wciąż
Jak 27 miesięcy temu, dokładnie o tej porze (właśnie sobie uświadomiłam).
Chcę spać.
Link 9 grudnia 2007
Komentarze [23]
Zgubić za sobą ból, gorycz i żal
Poznański Mikołaj zostawia 6 grudnia prezenty w butach. Buty te muszą być uprzednio dokładnie wyczyszczone, bo inaczej niczego tam rano nie znajdziemy. Dowiedziałam się o tym w czwartek i teraz rozumiem, dlaczego w tym roku Mikołaj mnie nie odwiedził. Nie wyczyściłam butów.
Opaść w zaświecie jak świetlisty szal
Ale kolega Kuba przyniósł na zajęcia cukierki. I powiedział, że to z myślą o tych, którzy nie zostali w tym roku obdarowani przez Mikołaja. I którzy są daleko od domu. Uszczęśliwił mnie jedną małą krówką. Moje współlokatorki nie miały tyle szczęścia. Jedna dostała okres a druga biegunkę.
Jeśli ofiara - to z wiatru i fal
Mama wcisnęła mi dzisiaj w dłoń 300 złotych. Mikołajkowo. Wstyd, wyrzuty sumienia, psychiczne opory. Co ja mam zrobić z tymi pieniędzmi? Nie chcę ich. Są złe. Dlaczego nie pluszowe kapcie albo kolorowe skarpetki? Nikomu nie powiem, nikomu się nie przyznam. Czuję się jak złodziej. Tym bardziej, że studentce dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą. Nawet nikomu nie mogę ich oddać. Nienawidzę pieniędzy.
I nikt nie pojmie szeptu ciemnych sal
Gdzie jest prawdziwy dom? Tam, gdzie rodzina? Ta narzucona czy ta własna? Czy ten pierwszy dom będzie nim już na zawsze?
- Chcę do domu
- Przecież jesteś w domu
- To nie jest mój dom.
- Tu jest Twój dom, czy tego chcesz czy nie
- Nie, nie, nie, nie mów tak!
- Ale tak jest
-
Nie!
I urwał kolejne pióro.
Gdzie uroczyście trwa najświętsza z gal
Dom jest tam, gdzie ludzie nas kochają. Gdzie tęsknią. Martwią się razem z Tobą gdy przydarzy Ci się coś złego i cieszą się z Twoich sukcesów. Tam, gdzie potrafią Cię przytulić kiedy jesteś smutny i kiedy patrzą Ci w oczy, kiedy z nimi rozmawiasz. Tam, gdzie nie boisz się innym powiedzieć, jaki czujesz ból i żal, i nie wstydzisz się innym powiedzieć, jak bardzo ich kochasz i jak bardzo szczęśliwy z nimi jesteś. Możesz sam stworzyć taki dom, prawda? Prawda że możesz i nikt Ci nie zabroni?
W ostatnim skoku w nieskończoną dal...
- Chcę stworzyć prawdziwy dom z Tobą - chciałam odpowiedzieć ale nie mogłam.
Enjoy
Link 16 listopada 2007
Komentarze [21]
It's hard but you know it's worth the fight
Tak więc po czterech latach mam naprawdę to, o czym marzyłam. Niesamowite. Czy każdemu udaje się tak łatwo zrealizować swoje cele? Które są podłożem do osiągnięcia szczęścia? Chociaż nie - nie było łatwo. Było cholernie trudno, ciągle samej sobie wmawiać że dam radę. Wmawiałam sobie, choć było to ciężkie, że jeszcze mi się uda, i nawet gdy nie było nadziei to ja ją miałam. Dlatego wydaje mi się, że łatwo wszystko to przyszło. Tak jakbym sama potrafiła się rządzić własnym życiem i nie zezwalać Losowi na żadne uniedogodnienia. Jak to było? Na początku udało mi się stworzyć siebie z nieokreślonej, nudnej, niezrealizowanej papki zwanej gimnazjalistką. Siebie z całym swoim zdecydowaniem, uporem, optymizmem, ciętym humorem, z nutką szaleństwa i nieprzewidywalności. Dopiero wtedy narodziłam się ja jako ja. I bardzo byłam z siebie dumna.
'cause you know you've got the truth on your side
A później zrobiłam wszystko, żeby mnie przyjęli do tego liceum do którego chciałam, gdzie mieli być inteligentni ludzie i przyjaciele. I gdzie byli, tak jak chciałam. A potem znalazłam swoją miłość, której nie szukałam, ale która miała sama przyjść w odpowiednim czasie, jak to obmyśliłam. A później okazałam się na tyle zdolna, aby wypuścić skrzydła i odlecieć daleko. Daleko stąd, daleko od tego miejsca... Bo wiedziałam, że się uda.
Musiało się udać. Po prostu musiało. Tak jak chciałam. Wszystko dotychczas układało sie tak dobrze, że musiało się pomyślnie zakończyć. I się pomyślnie zakończyło. Bo przecież wiedziałam, że się uda.
When the accusations fly, hold tight
Mimo, że czasem nie wiedzialam, czego chcę. Czy tego właśnie chcę? Czy właśnie to jest prawdziwe? Ale łatwo było wtedy uspokoić się myślą "wszystko się zmieni, na pewno". Chociaż skąd mogłam wiedzieć? Nie mogłam. Ale lepiej nie przejmować się niczym, nie myśleć o niepowodzeniach, nie zagłębiać się w problemy, bo z tego bagna nie uda się już wybrnąć. Trzeba robić swoje. Z niezłomną wiarą we własny sukces, we własną osobowość. Bo jeżeli ja przestanę w siebie wierzyć to kto to zrobi?
And don't be afraid of what they'll say
I nawet jeśli będą mówić że nie dam rady, że źle wybieram, że nic nie potrafię - będę próbować. Choć to początek "nowego", to bardzo mi się ten początek podoba. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ciekawe studia, piękne miasto, sympatyczne kumpele ze specjalności, dwie świetne wspołlokatorki, bezproblemowa właścicielka mieszkania i Ukochany jeszcze bliżej mnie. Smaczne obiady, pachnące ubrania, miękkie ręczniki i czyste talerze. Niestety wujku, nie pokłóciłyśmy się jeszcze o papier toaletowy. Nie miałeś racji. Ale na pewno jeszcze się o to pożremy. W końcu cóż znaczą przemieszkane razem dwa miesiące wobec bezmiaru Twego życiowego doświadczenia? Ale skoro te dwa miesiące były dobre, to dlaczego nie dwa następne? I późniejsze dwa również? Czy mam się ich bać?
Who cares what cowards think, anyway
Bo ja miałam odwagę pójść swoją drogą. Nie tylko ja jedna. I co niektórzy o tym mogą wiedzieć? Skąd mogą wiedzieć, jak wyglądało moje dotychczasowe życie? Jak mają zrozumieć wyznawane przeze mnie wartości? Jestem grzesznikiem i wiem o tym. Coś poświęcam aby zdobyć coś o wiele bardziej cudownego. Nie dla siebie. Dla innych. Bo nikt z tych tchórzy nie pyta o to, co jest dla mnie ważne i do czego zmierzam. Nikt nie postarał się poszukać we mnie tej empatii, którą widzą tylko najbliżsi, którzy kochają. Nikt nie zobaczył, jak płakałam z powodu dławiących mnie wątpliwości. Bo patrzą, ale nie widzą. Słuchają, ale nie słyszą. Nie rozumieją.
They will understand one day, one day.
Enjoy
Link 20 września 2007
Komentarze [18]
Do Uczelnianej Komisji Rekrutacyjnej
Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu
Odwołanie
Uprzejmie proszę o rozpatrzenie odwołania od decyzji, wedle której Wydziałowa Komisja Rekrutacyjna postanawia nie przyjąć mnie na I rok studiów stacjonarnych trzyletnich pierwszego stopnia na kierunku Pedagogika specjalność promocja zdrowia i socjoterapia, w roku akademickim 2007/2008, otrzymanej dnia 13.08.2007 r.
Na wstępie chciałabym zwrócić uwagę na tragiczną sytuację w Ministerstwie Edukacji Narodowej, gdzie władzę przez ostatni rok sprawowała osoba niekompetentna, nie mająca odpowiedniego doświadczenia i pragnąca wcielić w życie swe urojone, nierealne marzenia. Niestety osobie tej udało się urzeczywistnić swe postulaty z determinacją równą tej, z którą zniszczyła całą moją przyszłość, moje marzenia i plany. Osoba ta próbowała stłamsić indywidualność i samodzielne myślenie maturzystów, a swoimi chaotycznymi działaniami i nagłymi decyzjami pozostawiła niektórych zdezorientowanych i niepewnych, co należy wybrać na maturze. Jawnie niesprawiedliwy i nie mający odzwierciedlenia w rzeczywistości jest tzw. przelicznik MEN, według którego przyznaje się punkty z matury podstawowej w oparciu o te, które uczeń uzyskał na poziomie rozszerzonym. Wybrałam WOS na poziomie rozszerzonym, kierując się swymi zainteresowaniami i chciałam być choć trochę bardziej ambitna niż wymagają tego zasady rekrutacji na upatrzony przeze mnie kierunek. Niestety, życie dowodzi, że nie warto. Zyskałam o wiele mniej punktów niż zdołałabym zdobyć na poziomie podstawowym i nikt nie dał mi szansy by to udowodnić.
Brak egzaminów wstępnych od kilku lat również nie pozwala mi dowieść, dlaczego to właśnie ja, bardziej niż inne osoby, nadaję się do studiowania tego kierunku. Od paru lat wiem, że tylko nauki pedagogiczne mogą mnie zaciekawić, posiadam odpowiednie podejście do dzieci i doświadczenie w opiece nad nimi (często spędzałam soboty z dziećmi z Pogotowia Opiekuńczego w Szczecinie). Niesamowicie interesuje mnie ich rozwój psychiczny oraz wpływ przeróżnych czynników na ich zachowanie. Od dawna czytam pismo „Charaktery” oraz wydawany przez nie dodatek „Psychologia w szkole”. Mam także zdolności plastyczne, które w przyszłości planowałam bardziej rozwinąć i połączyć z tym właśnie kierunkiem. Wiem, że specjalność promocja zdrowia i socjoterapia jest tym, czego szukałam i że tylko na tej uczelni zdołam zdobyć odpowiednie przygotowanie, by móc kiedyś prowadzić terapie plastyczne.
Moje zainteresowania i zdolności, prestiż uczelni i urok tego miasta sprawiają, że trudno pogodzić mi się z myślą, iż mogłabym pozostać w miejscu, gdzie obecnie mieszkam. Przyjmując mnie na swoją uczelnię, na pożądany przeze mnie kierunek i upragnioną specjalność, zdobędziecie studenta pracowitego, ambitnego, energicznego i doskonale wiedzącego, co chce osiągnąć w życiu.
Jestem pewna że studia na prestiżowym Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w trybie dziennym, nie komercyjnym, dadzą mi nie tylko osobistą satysfakcję, lecz również zmotywują do osiągania jak najlepszych wyników. Prestiż tej uczelni tworzy nie tylko kadra dydaktyczno-naukowa, lecz w dużej mierze studenci. Dołączenie do tego grona byłoby zarówno zaszczytem, jak i spełnieniem ambicji.
Biorąc powyższe pod uwagę, jeszcze raz uprzejmie proszę o pozytywne rozpatrzenie mego odwołania. Zapewniam że danej mi szansy na pewno nie zmarnuję.
Status odwołania:
Przyjęty
Na UAMie same dziwolągi...
Link 17 sierpnia 2007
Komentarze [16]
Zaczynam dostrzegać wyższość literatury science-fiction nad fantasy. Obydwa typy książek, czytane dla rozrywki, mają ze sobą wiele wspólnego. Przystępne, ciekawe, opowiadające o innych światach, innych stworzeniach, innych życiach. Częściowo pokrywające się z rzeczywistością, lub też wcale. Jednak science-fiction jest trudniejsze. O wiele częściej niż w przypadku fantasy trafiają się dzieła wybitne. Zdecydowanie zaczynam lubić właśnie ten typ powieści, nieco trafiający w moje zainteresowania i poruszający zagadnienia które od jakiegoś czasu mnie fascynują. Literatura sci-fi jest istną kopalnią antyutopii (bądź utopii, co się jednak rzadziej zdarza), często to właśnie kreacja świata stanowi o problematyce utworu, a przygody głównego bohatera mają tylko pomóc autorowi w pełnym ukazaniu jego wizji. Co było pomijane kiedyś, przy tworzeniu renesansowych utopii, a co jest wykorzystywane przez antyutopistów, to przedstawienie jednostki i jej postawy wobec stworzonego świata. W znanym cyklu o Fundacji, autorstwa Isaaca Asimova, początkowo główni bohaterowie poszczególnych rozdziałów tylko reprezentują grupę społeczną, która wpływa na zmiany we wszechświecie, a w dwóch ostatnich utworach to wizja zjednoczonej duchowo galaktyki staje się tematem przewodnim. Wizja, która mi osobiście się nie podoba. Pisarze sci-fi często też poruszają zagadnienia związane z psychiką człowieka i jego reakcjami na pewne trudne warunki. W innym swoim dziele Isaac Asimov pokazuje, jak zachowuje się człowiek nagle pozbawiony światła słonecznego, od zawsze przywykły do promieni przynajmniej jednego, a zazwyczaj dwóch lub trzech (z sześciu), wiszących na niebie słońc. Choć nam może wydać się to śmieszne, to człowiek po raz pierwszy otulony nocą i widzący na niebie gwiazdy nie może pozostać zdrowy psychicznie. U Philipa Dicka także głównym bohaterem często jest człowiek jako taki. Człowiek doprowadzający do zniszczenia nie tylko Ziemię, ale także siebie samego. Skazujący rodzaj ludzki na wieczną wojnę, której celem jest zarobienie pieniędzy, bądź też unicestwienie innych ludzi. Po co? Podczas zimnej wojny ludzie musieli zadawać sobie to samo pytanie. Choć Dick jest dowcipny, to jego opowiadania czasem bywają przerażające. Kocha chaos, a ja kocham go za tę miłość.
Miałem zwyczaj zajmować się ogrodem, a nie ma nic szczególnie fantastycznego ani nadrzeczywistego w trawie... chyba że jesteś pisarzem s.f., w którym to wypadku zaczniesz podejrzliwe podchodzić do trawy. Jakie naprawdę kierują nią motywy? I kto po raz pierwszy ją zasiał? Pytanie, które sobie zawsze zadawałem, brzmi: co jest rzeczywiste? Trawa tylko z pozoru przypomina trawę. Oni po prostu chcą, żebyśmy tak myśleli. Pewnego dnia opadnie maska z trawy i zostanie odsłonięta jej prawdziwa tożsamość. Wówczas Pentagon w całości porośnie już trawa i oczywiście będzie za późno. Trawa albo to, co nam się trawą wydaje, podyktuje nam swoje warunki. Moje wczesne opowiadania wyrastają z takich właśnie przesłanek. Później, kiedy moje życie osobiste się skomplikowało i stało pełne nieszczęśliwych zakrętów, niepokoje dotyczące trawy gdzieś się rozwiały. Nauczyłem się, że największy ból nie spływa na nas znienacka z odległych planet, ale rodzi się z głębi serca. Oczywiście obie rzeczy mogą się wydarzyć równocześnie - twoja żona może odejść od Ciebie, zabierając dziecko, a kiedy będziesz siedział sam w pustym domu, nie mając już po co żyć, przed dach wpadną na dodatek Marsjanie i porwą cię.
Polecam szczególnie opowiadania Dicka
Druga odmiana oraz
Foster, już nie żyjesz. A jeśli chodzi o coś grubszego i ambitniejszego to...
Kongres futorologiczny Lema. Będę litościwa i o Lemie się tym razem nie rozpiszę.